RSS
piątek, 16 sierpnia 2013

Dawno już nie pisałem. Nie było we mnie takiej potrzeby. Co więcej, moje wpisy wydają mi się nienaturalne, nieprawdziwe. Jak gdyby nie pochodziły ode mnie, ale od innej, zupełnie obcej mi osoby. Jest w nich pewna maniera, może nawet kłamstwo, które trudno jest mi zaakceptować.

Nieważne. Postaram się napisać jeszcze kilka zdań.

Znów powracam do kwestii religijnych i logicznych.

Podczas jednej z mszy usłyszałem modlitwę św. Franciszka. I choć, jak już wspominałem, nie jestem osobą wierzącą, niesamowicie mnie ona urzekła. Zwłaszcza jej ostatnia część:

"Spraw abyśmy mogli,
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
Nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
Nie tyle szukać miłości, co kochać;

Albowiem dając, otrzymujemy;
Wybaczając, zyskujemy przebaczenie,
A umierając, rodzimy się do wiecznego życia.

Przez Chrystusa Pana naszego. Amen"

Wzruszyła mnie sprzeczność zawarta w tych wersach. Jak można dając - coś otrzymywać? wybaczając - zyskiwać przebaczenie? a umierając - rodzić się do wiecznego życia?

Jest w tym idealna sprzeczność; odwrócenie tautologii.

W tezie 6.11 Traktatu logiczno - filozoficznego L. Wittgenstein wskazuje: "Tezy logiki nic więc nie mówią. (Są one zdaniami analitycznymi.) ". I dalej: "Tezy logiczne opisują rusztowanie świata, albo raczej: przedstawiają je. Nie "mówią" one o niczym" (teza 6.124).

Podobnie rzecz ma się z wersami zaczerpniętymi z modlitwy św. Franciszka. Nie zawierają one żadnej treści, ale odsłaniają jedynie "niebiańskie rusztowanie świata".

Czy więc logicy i mistycy nie używają podobnego języka?

 

16:24, mirutowicz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 marca 2012

Pomyślałem: idealnym wiekiem, żeby palić jest 25 lat. Może nawet odrobinę mniej, jakieś 23. Jest się wtedy nieśmiertelnym. Palenie w takim wieku nie może spowodować żadnych szkód. Co najwyżej zatrucie, które trwa dzień lub dwa. Nie spowoduje jednak śmierci. Ba, śmierć jest w tej sytuacji czymś zupełnie abstrakcyjnym. Co innego palić po 40, kiedy zostało już raczej mniej niż więcej. Każdy papieros jest KOLEJNYM, NASTĘPNYM papierosem. Nie jest to kwestia tytoniu, jest to kwestia Twojej HISTORII; zmiany, której zostałeś poddany.

 

Życie przebiega wciąż tak samo. Jak kąty w trójkącie. 180 stopni. Nigdy nie będzie mniej, ani więcej. Wieczny powrót?

 

18:37, mirutowicz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2012

Msza podczas katechezy przedmałżeńskiej. Wyjątkowa, bo pozbawiona muzyki. Sam ksiądz, bez ministrantów. Czynności, które wydawały się oczywiste, nagle zaczynają zdumiewać. Kapłan wznosi eucharystię do góry, składa dzięki. Jest tylko on i grupa wiernych stłoczona w niewielkiej kapliczce. Po chwili rozpoczyna się przystępowanie do komunii. Z grupy kilkudziesięciu osób wstaje zaledwie kilka, może dziesięć. W części są to rodzice par młodych. Reszta zostaje w ławkach. Ksiądz, w absolutnym milczeniu, przy braku muzyki, rozdziela Ciało Boże. Gdy kończy, wyciera kielich i przykrywa go puryfikaterzem; całość umieszcza w tabernakulum. Po chwili siada na krześle, spuszcza głowę i trwa tak przez minutę lub dwie. Dziwne, nigdy wcześniej nie zwracałem na to uwagi. Przez muzykę, przez śpiewy... Teraz jest inaczej, panuje absolutna cisza wypełniona bezruchem. Wydaje mi się to nienaturalne, pozbawione sensu. To trwanie zawieszone w pustce... Za moment wszystko mija. Ksiądz wstaje i przystępuje do zakończenia mszy.

"Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty".

Nie ma we mnie wiary. Są słowa, które nie składają się w żaden język.

14:01, mirutowicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 listopada 2011
Na drugim brzegu rzeki

Jako chłopiec byłem bardzo wierzący. Co tydzień chodziłem do kościoła; w każdy pierwszy piątek miesiąca przystępowałem do komunii świętej. W ławce przy ścianie wpatrywałem się w zarysy twarzy na posadzkach. Myślałem o ludziach niewierzących; z trudem mieściło mi się w głowie, że tacy ludzie mogą istnieć. Nie wierzyć w Boga? Uważać, że świat powstał bez przyczyny i bez celu? To niewiarygodne, niepojęte. Nigdy nie zrozumiem takich ludzi. Nigdy.

Teraz, nie ma we mnie żadnej wiary. Przeprawiłem się na drugi brzeg rzeki. I tak jak wtedy nie rozumiałem, jak można nie wierzyć, tak dzisiaj nie pojmuję wiary. Sam akt wydaje mi się czymś nieprawdopodobnym. Wierzyć? To absurdalne. Jak równanie "2+2", które kończy się wynikiem "5". I jest w tym moim braku wiary jakaś niemożność, absolutna niezdolność zrozumienia tego aktu. Wiem, że powrotu nie ma. I nawet gdybym kiedyś, co przecież nie jest wcale wykluczone, odnalazł w sobie wiarę, to na pewno nie w takim kształacie, jak to miało miejsce kiedyś, w dzieciństwie. 

Jest we mnie niezdolność do wiary, która jest prawie fizjologiczna. Nawet gdybym chciał, gdybym pragnął, gdybym uznał, że to rozsądne i pożyteczne, wydaje mi się, że nie mógłbym już uwierzyć. 

21:33, mirutowicz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 maja 2011
Wiara i rozum

Co znaczy wierzyć?

Zgodnie ze Słownikiem języka polskiego "wierzyć" to tyle, co "uznawać coś za prawdę", "wyznawać jakąś religię", "być przekonanym, że ktoś mówi prawdę", "mieć do kogoś lub czegoś zaufanie".

Czy chrześcijanin, który nigdy nie przeczytał Biblii może twierdzić, że wierzy? Znam ludzi, którzy otwarcie przyznają, że nigdy nie oddali się lekturze Pisma Świętego, a nawet więcej, utrzymują, że go wcale nie rozumieją, a mimo to nie przeszkadza im to uznawać siebie za chrześcijan. Podobnie inni,twierdzą, że pozostają w tej wierze, choć nie znają dziesięciu przykazań, siedmiu grzechów głównych, papieskich encyklik...Być może cała ich wiara dałaby się sprowadzić do przeświadczenia o tym, że Bóg istnieje i że będą żyli po śmierci. 

Czy można wierzyć w Boga nie wiedząc, czego on nakazuje, a czemu się sprzeciwia? Czy można oddawać mu cześć, niechodząc do kościoła, grzesząc myślą, uczynkiem i zaniedbaniem? Czy jest w tym jakaś sprzeczność, czy wprost przeciwnie - jest to istota wiary?

Nie traćmy z pola widzenia osób upośledzonych, chorych psychicznie, osób, które z jakichkolwiek innych powodów mają ograniczoną zdolność sądzenia. Gdybyśmy jednoznacznie przyjęli, że wiara musi iść w parze z rozumem, osoby takie byłyby wówczas wykluczone. Półgłówek nie zrozumie prawd wiary. Właśnie, ale co to oznacza? Czym jest jego wiara w porównaniu z naszą?

Czy wiara może się obywać bez słów, bez wiedzy, bez rozumu?

W Piśmie Świętym umieszczono znamienny fragment odnoszący się do "ubogich duchem". Mówi się "Błogosławieni ubodzy duchem!". Przez lata nie rozumiałem tego fragmentu. Dlaczego ubodzy duchem mieliby być bardziej cenieni niż ci, którzy są bogaci duchem? Zwrot ten prawidłowo odczytałem dopiero po lekturze E. Fromma ("Mieć czy być"), który objaśnia znaczenie tego passusu. Do tego jednak czasu nie rozumiałem tego zwrotu w sposób prawidłowy A jeżeli tak, to i moja wiara (wtedy, kiedy jeszcze istniała) była zupełnie inna. Nie da się przy tym wykluczyć, że takich fragmentów, które zostały przeze mnie źle odczytane było zdecydowanie więcej. Moja wiara nie była zatem oparta na solidnych podstawach. Nie wiem, czy wyrażam się jasno. To tak, jakby przez pomyłkę odczytać Biblię  w ten sposób, że należy kraść, oszukiwać i mordować. Zrouzumieć opacznie jedynie na skutek błędu, niedomagania władz umysłowych, co przecież zawsze może się zdarzyć. Czy w takiej sytuacji ciągle jeszcze można twierdzić, że nasza wiara jest taka sama, bez względu na to, czy przynależy do niej przeświadczenie o istnieniu Trójcy Świętej, czy też nie? Odruchowo wzdragam się przed przyjęciem takiej myśli. 



14:23, mirutowicz
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 lipca 2010

Istnieje zasadnicza różnica co do sposobu pojmowania ludzkiego życia przez chrześcijań i przez buddystów.

W buddyzmie śmierć nie jest traktowana jako ostateczny koniec istnienia, ale jako ogniwo łączące kolejne odrodzenia w samsarze w dwunastu ogniwach współzależnego powstawania, aż do osiągniecia wyzwolenia, tzn. nirwany (por. Wikipedia). Chrześcijanie, wprost przeciwnie, uważają, że ludzkie życie jest niepowtarzalne, jednorazowe. Chwila śmierci oznacza kres ziemskiego istnienia, a co za tym idzie jest to także moment miarodajny do przeprowadzenia tzw. sądu szczegółowego. Jeżeli sąd taki odbywa się w stanie łaski uświęcającej, dusza zostaje zbawiona (idzie do nieba lub czyśćca). W przeciwnym wypadku dusza zostaje potępiona (idzie do piekła).

Jest oczywiste, że pogląd chrześcijański prowadzi do wielu trudnych do zaakceptowania konsekwencji. Na przykład o naszym Zbawieniu lub jego braku zadecyduje ściśle określony, ograniczony okres czasowy. Jest to niepojęte nawet przy założeniu, że mielibyśmy żyć 100 lat, niemówiąc już o sytuacji, gdy zmarlibyśmy jako nastolatek. Paradoks polega na tym, że cała wieczność ma zależeć od kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu lat. Kwestia ta została doprowadzona do absurdu w sporze o status nieochrzonych, zmarłych niemowląt (idą do nieba, czy do piekła?).

Nauka o wędrówce dusz, wbrew pozorom, nie jest więc tak niedorzeczna, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

18:31, mirutowicz
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 czerwca 2010
Dlaczego logika Arystotelesa wydaje się być logiką wyróżnioną?

Zastanawiające, że to logika Arystotelesa wydaje się być logiką wyróżnioną. Zasada wyłączonego środka (zasada ta mówi, że dla dowolnego zdania w sensie logiki p albo ono samo jest prawdziwe, albo prawdziwe jest jego zaprzeczenie) jest zgodna z tzw. zdrowym rozsądkiem. Ba, część osób powie, że jest ona oczywista, niemożliwa do pomyślenia na inny sposób. A jednak, powstały logiki, w których nie obowiązuje zasada wyłączonego środka, np. trójwartośćiowa logika Łukasiewicza, w której obok wartości "prawda", "fałsz", występuje także wartość "możliwe".

I to właśnie jest zastanawiające. To, co narzuca nam się z taką siłą, a nie jest wcale bezdyskusyjne.

18:36, mirutowicz
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 sierpnia 2008
Zakład

Człowiek, według Pascala, nie wiedząc nic o istnieniu czy nieistnieniu Boga, musi postawić się w sytuacji wyboru. Ma dwie możliwości: albo założyć, że Boga nie ma, albo założyć, że Bóg istnieje i żyć według konsekwencji tego założenia. Nie można, zdaniem Pascala, uchylić się od rozstrzygnięcia, wybór ten jest konieczny. Pascal sam rozstrzyga ten zakład na korzyść istnienia Boga, argumentując w ten sposób, że przy założeniu, że Bóg istnieje, niewiele się traci w świecie doczesnym, zaś osiąga się w konsekwencji życie wieczne i nieskończone szczęście. Przyjmując natomiast, że Boga nie ma, zysk w doczesności jest niewielki, a strata w perspektywie wieczoności - ogromna (M. Kuziak, S. Rzepczyński, T. Tomasik, D. Sikorski, T. Sucharski, Słownik myśli filozoficznej, Bielsko - Biała 2004, str. 166-167).

Zabawne. Pascal, człowiek umiarkowanych, ostrożnych poglądów, proponuje nam hazard - a więc dziedzinę, którą zwykło się przypisywać lekkoduchom, osobom nieodpowiedzialnym. Stawka zakładu, który nam oferuje, jest największą z możliwych stawek - ni mniej, ni więcej, mamy postawić własne życie (coś, co jego komentator określa wdzięcznie "niewielką stratą w świecie doczesnym"). Prawdopodobieństwo wygranej w tej grze, rozważając je sumiennie i z namysłem, należy określić jako znikome. Stawiamy więc wszystko, wygrać zaś możemy najpewniej nic (lub precyzyjnie rzecz ujmując nicość). Szaleństwo. Nie znajduję na to innego słowa.

 

 

 

22:50, mirutowicz
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 lutego 2008
Kosmos

"Kosmos" - ostatnia z powieści Gombrowicza. Ciągle ten sam temat - Dyktatura Formy. Ten sam problem w "Pamiętniku z okresu dojrzewania" jest przedstawiony pogodnie i z humorem, tutaj posępnie i patetycznie. Gombrowicz umiera. W tle ostateczne zwycięstwo formy - wszechogarniający patos śmierci.

Temat jest niepokojący. Wcześniej u Gombrowicza przymus formy przejawia się w całych scenach. Na przykład w "Pornografii" widzimy scenę w wiejskim kościółku. Ach! Już sama ta nazwa - wiejski kościółek jest zapowiedzią tego, co może się w nim wydarzyć. Kapłan, ołtarz, wierni. Wszyscy są na swoim miejscu, przypisani rolom, które mają odegrać. Nie można tam tańczyć, ani się upijać, strzelać z karabinu lub zachowywać się nieprzyzwoicie. Wobec całej tej sceny w wiejskim kościółku stajemy bezbronni. Ona nam się narzuca, wkrada się w nas, wysysa naszą spontaniczność. Forma jest przeciwieństwem spontaniczności, bezwzględnym jej zabójcą. Tam, w tym wiejskim kościółku, nie może być spontaniczności. Stałoby to w sprzeczności z obrzędem, rytuałem mszy, który ma się tam odbyć. Nie chodzi jednak o to, że wówczas stałoby się coś, co "nie wypada", "jest nie na miejscu", "nie przystoi". Nie, moim zdaniem chodzi o coś znacznie głębszego. Chodzi o niemożliwość wydarzenia się czegoś innego niż, z mocy samej swojej definicji, zakłada wiejski kościółek. Tak jak trójkąt ma pewne formalne właściwości, które nie pozwalają uznać, że suma zawartch w nim kątów mogłaby przekroczyć 180 stopni, tak i suma wydarzeń, które mogłyby się rozegrać w takim kościółku jest ograniczona. Ograniczeniem jest kapłan, który uosabia powagę i dostojeństwo Kościoła, ołtarz, na którym składana jest Ofiara z krwii Chrystusa, a także wierni, sól ziemi, zbłąkane owce, Ci, do których należeć będzie Królestwo Boże. W takiej sytuacji zwykły żart, błahostka, driwna nabierze innego wymiaru. Nie zostanie on bowiem wypowiedziany gdziekolwiek, ale właśnie tam, w wiejskim kościółku, wprost przed obliczem Boga. Choćbyśmy zatem nie chcieli zbrukamy w ten sposób ludową, świętą pobożność, doprowadzimy do sytuacji, kiedy postawimy się w opozycji do wartości prostych i czystych, momentalnie staniemy się "tym, który im zaprzecza". Jakże inaczej zabrzmią wtedy nasze słowa! Choćbyśmy tego wcale nie chcieli, choćbyśmy się przed tym opierali, po stokroć zapewniali o naszej niewinności. Nie, nikt nie dam nam wiary, Wiejski kościółek dopowie za nas resztę, zawsze stać będziemy na jego tle.

W "Kosmosie" Gombrowicz idzie dalej. Nie poprzestaje już na wyszukiwaniu przymusu formy w poszczególnych scenach. Teraz poszukuje go już w mikrozjawiskach. Prosty przykład: wróble zawieszone na drzewach. Trudno tu mówić już o całej scenie, zostały z niej co najwyżej jakieś szczątki. Marne szczątki, wróble szczątki. A jednak nie można wobec nich przejść obojętnie i żaden człowiek tego nie zrobi. Bo te szczątki, tak, taki drobiazg, takie nic, już one same ustawiają nas w jakiejś pozycji względem świata, jak gdybyśmy nagle uzyskali punkt odniesienia. Z nicości, z nieistnienia, wyłania się wreszcie jakiś zarys. Na morzu pustki, ba! w kosmosie pustki, zarysowuje się wreszcie jakiś kształt. Teraz możemy już oceniać inne rzeczy, mam potrzebny dla tego pryzmat, kąt widzenia.

Ale wiszące na drzewie wróble to jeszcze zbyt dużo. Dekonstrukcji istnienia trzeba dokonać konsekwentnie. Nie tylko człowiek jest przymusem i zniewoleniem dla innych ludzi, ale także poszczególne części jego ciała. Na przykład ręka. Ona także może wpychać nas w objęcia formy, czynić bezradnymi jak ten opisany wyżej wiejski kościółek lub nawet tak jak śmierć Iwony Księżniczki Burgunda. Przed nią także możemy uklęknąć, spuścić głowy, zamilknąć w chwili zadumy. Jak dwa dodać dwa równa się cztery, tak ta ręka sama stawia nas już w pewnej sytuacji, wtłacza w wymogi formy. Zupełnie tak jakby ugnieść ciasto do metalowej foremki. Bęfdzie ono dokładnie takie, jaka będzie foremka. Ta ręka więc nas ugniata. Ale na tym także nie koniec! Bo ręka jest przecież zbudowana z jeszcze mniejszych elementów. A skoro ona sama wtłacza nas w formę, to nie ma podstaw, żeby przypuszczać, że również one nie będą tego czynić. Tak, one również zmuszą nas, żebyśmy przed nimi uklęknęli i spuścili swe głowy. Przed każdą cząstką, atomem, neutronem...Innymi słowy musimy się schylić przed Kosmosem. Nie możemy pomyśleć kosmosu, to on nas myśli.

19:05, mirutowicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 kwietnia 2007
horror

Ostatnio na nudnym wykładzie z kpa wpadł mi w ręce "Horror metafizyczny" Kołakowskiego. Przypadkiem przyniósł go mój znajomy. Przeczytałem kilka stron wyrwanych z kontekstu. Kołakowskie pisze, że filozofowie przez okres ostatnich 100 lat wątpią w celowość swoich wysiłków, a nawet w istnienie przedmiotu swoich badań. Dziwne wrażenie zrobiły na mnie te zdania. Myśl ta, wywodząca się ze starożytnego paradoksu kłamcy, była przeze mnie intensywnie rozważana na studiach (w tzw. międzyczasie). Powstał nawet zeszyt pełen notatek, które po latach przyszło mi ocenić jako nieistotny (żeby nie powiedzieć bzdurny).

Nie możemy opisać świata, bo jesteśmy jego częścią. Z chwilą, kiedy wypowiemy o nim jakiś sąd, z miejsca staje się on nieaktualny - nie uwzględnia przecież siebie samego. "Kłamca mówi, że kłamie." Jeśli kłamie, to mówi prawdę, a jeśli mówi prawdę, to kłamie. Wszelkie sądy są równie uprawnione. Nawet logika nie jest ostoją dla rozumu, bo stworzono przecież nieskończoną ilość logik dewiacyjnych. Jak to ktoś kiedyś powiedział opadamy we wszystkich kierunkach jednocześnie.

I ja tak dzisiaj opadałem. Za mało pracy. Potrzebny jest rygor godzin i dni, bardziej starannie sporządzony rozkład życia. Wymagane jest zapełnienie miesięcy i lat wydarzeniami.

16:25, mirutowicz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3